czwartek, 17 lipca 2014

Chłodniczek w słoiczek…

…a "Smakołyki na kocyki".

Ponieważ na dworze znowu jest uf, jak gorąco, puf, wyszukuję zapisane w czeluściach zakładek przepisy na chłodniki, sałatki, smoothies itd.

Wczoraj dokończyłam pościelowo różowy chłodnik z botwinki. Dzisiaj ratuję się chłodnikiem z fetą i prażonymi migdałami.


Lista zakupów

1 duże opakowanie niezbyt gęstego jogurtu (typ grecki nie działa)
małe opakowanie sera feta
sok z jednej limonki
świeża papryczka chilli albo płatki chilli
po połowie małego pęczka koperku i pietruszki, 1/3 pęczka tymianku
do posypania uprażone płatki migdałowe











Jogurt, ser i chilli miksuję na jednolitą masę. Prażę płatki migdałowe na suchej patelni i siekam zielone. Wyrzucam spalone migdały, prażę kolejną porcję, tym razem uważnie. Posiekane zielone dodaję do zmiksowanej masy, mieszam. Przechowuję w lodówce, a przed podaniem posypuję migdałami (wcześniejsze posypanie pozbawia migdały chrupkości).

Kończą mi się już pomysły na niezobowiązująco zimne jedzenie.

Katarzyna


czwartek, 12 czerwca 2014

Urodzinowe ciasto czekoladowe Woocky'ego

Ciasto jest wilgotne, soczyste i bogate. W sam raz na urodziny kogoś Drogiego. Pasuje do lekko kwaskowatych letnich owoców – malin albo amerykańskich borówek, albo do wiśni. Komponuje się też z kremem z mascarpone, takim, jak do tiramisu. Jak dotąd zrobiłam je dwa razy i za każdym razem wyszło ….. i zniknęło z lodówki zanim jeszcze zdążyło dobrze zastygnąć. Przepis zapożyczony od Sophie Dahl. I: tak, w przepisie nie ma mąki. Z tego powodu ciasto nie jest może piękne. Ale tym bogatsze w smaku.



Lista zakupów

150 g pokruszonej gorzkiej czekolady
150 g  pokruszonej mlecznej czekolady
225 g drobnego cukru (albo cukru pudru)
150 ml wrzątku
225 g miękkiego masła
6 żółtek
6 białek
szczypta soli
łyżka kawy rozpuszczalnej
łyżeczka ekstraktu waniliowego























Rozdrabniam czekoladę i topię w kąpieli wodnej, dodaję masło. Ubijam żółtka z cukrem. Cały czas ubijając, dodaję kawę, ekstrakt waniliowy, sól, roztopioną czekoladę z masłem i na końcu wrzątek. 

Ubijam białka na sztywno i łączę z pozostałymi składnikami (mieszam łyżką albo ubijam na wolnych obrotach). Wlewam ciasto do silikonowej keksówki (sprawdzi się dowolna inna forma, ja lubię silikonowe, bo ciasto nie przywiera i łatwo się wyjmuje). Jeśli robię ciasto z wiśniami, dorzucam do keksówki garść wydrylowanych wiśni. Piekę 50-60 minut w nagrzanym  do 180 stopni piekarniku. 

Gotowe ciasto popęka na wierzchu, ale pozostanie wilgotne. Po wstępnym przestudzeniu, wkładam formę z ciastem do lodówki na kilka godzin. Kroję na zimno (jeśli jeszcze zostało coś do krojenia) i podaję obsypane owocami albo polane kremem z serka mascarpone, żółtek i cukru.


Katarzyna


wtorek, 10 czerwca 2014

Ciepło, cieplej, sorbet…

Zrobiło się zdecydowanie za ciepło (udaję, że nie czuję kopania w kostkę zgrabnym półgreckim bucikiem, przecież mówię, że jest za ciepło, nie, wcale nie jest w sam raz ciepło). Fakt, często nie zgadzamy się z Ateną w kwestii temperatury otoczenia. Na szczęście sorbet może zjeść z przyjemnością nawet osoba (nie, moja droga, zdecydowanie powiedziałam „osoba” a nie „dziwoląg”, słowo „osoba” nie ma fonetycznego potencjału, by brzmieć jak „dziwoląg”), która obecne upały radośnie spędza w pełnym słońcu na ławce w ogrodzie. A dla przemykających w cieniu bladych prawników (bankowców, lekarzy i nocnych stróży) taki sorbet może okazać się wybawieniem.



Od niedawna sorbety przywodzą mi na myśl bohaterkę mojej ulubionej książki z dzieciństwa, Anię Shirley. W jednym z tomów serdeczna przyjaciółka Ani, Diana, wysłała napisaną przez Anię powiastkę na konkurs. Warunkiem udziału było uwzględnienie nazwy organizatora w treści powiastki. Odkrywszy, że jej literackie dziecko zostało ozdobione nazwą margaryny (?), Ania była zdruzgotana.

W oryginalnej wersji tego przepisu również znalazła się nazwa organizatora konkursu. Co zaowocowało śliczną nowoczesną karafką, z której popijamy mrożoną lemoniadę. Na szczęście byłam nieco mniej przywiązana do przepisu, niż Ania do powiastki, i nie przepłakałam po tym nocy.


Lista zakupów

na część truskawkową:
350 g truskawek
0,3 szklanki brązowego cukru
0,3 szklanki soku z pomarańczy
starta skórka z dwóch pomarańczy
0,3 szklanki wody filtrowanej
łyżka jogurtu greckiego
szczypta soli

na część rozmarynową:
0,5 szklanki brązowego cukru
1,5 szklanki wody filtrowanej
0,5 szklanki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
listki z jednej gałązki rozmarynu
łyżeczka startej skórki cytrynowej
łyżka jogurtu greckiego

Cukier, pół szklanki wody i rozmaryn gotuję w małym rondelku przez kilka minut, aż cukier się rozpuści, a płyn nabierze zapachu rozmarynu. Przelewam przez sitko do słoika i studzę (żeby było szybciej – wkładam słoik do zimnej wody).

Po wystudzeniu dodaję pozostałą przefiltrowaną wodę, sok z cytryny i skórkę cytrynową, miksuję w blenderze razem z jogurtem. Wlewam w silikonowe foremki do muffinów – do 2/3 wysokości foremek i po wystudzeniu umieszczam w zamrażalniku na co najmniej 2 godziny.

W międzyczasie w garnuszku zagotowuję truskawki z cukrem i odrobiną wody, by zmiękły i puściły sok, w którym rozpuści się cukier.
Po wystudzeniu dolewam sok i filtrowaną wodę, dodaję sól i skórkę pomarańczową i krótko miksuję w blenderze, po czym przecieram przez sitko. Po przetarciu dodaję jogurt i ponownie blenduję, tym razem na wysokich obrotach, ok minuty, żeby dodać sorbetowi puszystości. Wlewam do foremek z zamrożonym już sorbetem cytrynowo-rozmarynowym i zostawiam w zamrażalniku na kilka godzin. Oczywiście można też sorbetować jednokolorowo. 




























Katarzyna

wtorek, 27 maja 2014

Różobranie

W dzieciństwie zdecydowanie nie byłam stworzeniem kuchennym. Więcej uroku miały dla mnie zakamarki pól, parków i starego młyna, niż zakamarki kuchni. Pamiętam jednak pewne prace kuchenne, do których nie trzeba było mnie zaganiać. Do nich należało przebieranie płatków róż. Zawsze w wakacje był taki dzień, w którym wracaliśmy z działki z reklamówką obłędnie pachnących kwiatów róży. W wielkiej misce zimnej wody myłam pąki, oskubywałam je z płatków i odrywałam białe końcówki. Przeganiałam stada małych błyszczących czarnych żuczków i ukradkiem podjadałam pojedyncze płatki, bo przecież jedzenie kwiatów to sama magia i kwintesencja księżniczkowania (nawet jeśli księżniczkowanie ma obdarte kolana i poplamiony podkoszulek). Gotowe płatki dziadek ucierał z cukrem w makutrze, a babcia przekładała do wyparzonych słoików. Całe mieszkanie pachniało jak letnie popołudnie. 








































Teraz muszę się ograniczać do tego, co uda mi się tu czy tam podskubać. A marzy mi się powrót z targu z wielką reklamówką płatków i zapełnianie szafki słoikami konfitury, przecieru, różanego cukru i syropów.

Z wczorajszego plądrowania maminego ogródka, oprócz wczesnych truskawek i czereśni, przyniosłam właśnie cztery kwiaty róży. Między płatkami znalazł się nawet czarny błyszczący żuczek. Płatków wyszła niecała miseczka, nie było w zasadzie ani co ucierać, ani smażyć. Postanowiłam jednak odtworzyć pewien specjał zakupiony w zeszłym roku u Turka pod Młynem, który na początku ubiegłych wakacji dodawałam dosłownie do wszystkiego - kanapek, serków, jogurtu, wody mineralnej, herbaty - płatki róży w syropie cukrowym.

 Lista składników:

garść płatków róży (róża pomarszczona)
ćwierć szklanki wody
sok wyciśnięty z połowy cytryny
pół szklanki cukru































Wyganiam żuczka, płatki przebieram, myję w zimnej wodzie i odcinam białe końcówki. Ciasno układam płatki w wygotowanym słoiczku, w rondelku rozpuszczam w wodzie cukier, dodaję sok z cytryny, doprowadzam syrop do wrzenia i zalewam nim płatki. Zakręcony słoik pasteryzuję 20 minut i odstawiam wieczkiem do dołu. Pozwolę im się kilka tygodniu uleżeć, zanim wylądują w jogurcie.


Katarzyna

niedziela, 18 maja 2014

Dzień szparaga

Na straganie pod Arkadami pojawiły się delikatne białe szparagi. Takie, które same wskakują do torby nieuważnego przechodnia, który to przechodzień musi później główkować, z czym to się je. Mniej więcej w tym samym czasie Krakowski Makaroniarz rozpływał się w zachwytach nad Risotto agli asparagi. Zatem risotto. Z białych szparagów. 

Trudny temat. W styczniu, zachwycona podanym w hotelu grzybowym i bardzo bardzo kremowym risotto, kupiłam w Male woreczek lokalnego riso arborio, z założeniem jednak, że będzie on prawdopodobnie leżał przez lata na dnie szafy, bo risotto zazufladkowałam jako potrawę trudną, czasochłonną i ogólnie zbyt wymagającą (podobnie gdzieś w kuchennych czeluściach leży mączka migdałowa i buteleczka syropu lawendowego, a ja ciągle odkładam pieczenie francuskich lawendowych makaroników na kolejny i kolejny weekend).

Już na starcie pojawił się problem. Bo wg Krakowskiego Makaroniarza jeśli szparagowe risotto, to tylko z Manzoni Bianco. Ook. Ale we Wrocławiu wino to jest albo nie do dostania, albo jego zdobycie ociera się o wiedzę tajemną niedostępną ani zwykłym śmiertelnikom, ani nawet sprzedawcom z kilku odwiedzonych winotek.  Musiałam się więc dowiedzieć, czy może wybór tego konkretnego wina wynika z regionalnych sentymentów i czy przypadkiem nie da się go zastąpić dowolnym innym białym winem. Otóż – nie da się dowolnym. Szparagi są wybredne. A wszystkiemu winna chemia - związki siarkowe psują smak… najwyraźniej większości win dostępnych na wrocławskich półkach.

Wreszcie, uzbrojona w listę win preferowanych i, na wszelki wypadek, również win względnie akceptowalnych, wybrałam się na zakupy. Sancerre, Pouilly Fumé, Grüner Veltliner, Alzacki Riesling. Ostatecznie do domu przyniosłam Pinot Grigio z regionu Veneto, kostkę Grana Padano (jak szaleć, to z rozmachem) i kostkę dobrego masła. I jeszcze pęczek szparagów zielonych i kawałek wędzonego boczku. 



Lista zakupów:

1,5 litra bulionu warzywnego (2 marchewki, ½ selera, pietruszka, kawałek pora, cebula, tymianek, pieprz, sól, liść laurowy, inne ulubione przyprawy do bulionu)

2 – 3 szalotki

100g masła

600-700g białych szparagów

350 g ryżu do risotto

100 g twardego sera, np. Grana Padano (ale może być też zdecydowanie tańszy litewski Dziugas)

kieliszek białego wina odpowiedniego do szparagów (przykładowa lista poniżej)

sól i pieprz do smaku



























































Dzień szparaga zaczyna się szparagowym śniadaniem. Na szybko. Pokrojony w drobną kostkę i podsmażony na małym ogniu boczek (do stanu chrupania), wrzucone na tłuszcz i podduszone zielone szparagi (pokrojone w kilkucentymetrowe kawałki), na tym posadzone dwa jajka od kury, która chodziła gdzie chciała. Proporcje dowolne, według preferencji. Kiedy żółtka wyleją się na szparagi i boczek, chce mi się wołać, jak Judith Jones w Julie & Julia: YUM!














































Risotto. Podstawą risotto jest dobry bulion warzywny. Odpadają kostki rosołowe, żelki bulionowe i wynalazki z kartonu i z woreczka. Do wrzątku wkładam dwie marchewki, korzeń pietruszki, pół korzenia selera pokrojonego na kilka kawałków, przekrojoną na pół cebulę, kilkucentymetrowy kawałek łodygi pora, zioła i przyprawy (kilka ususzonych gałązek tymianku, kilka listków rozmarynu, zielę angielskie, liść laurowy, kilka ziaren pieprzu, płaską łyżeczkę soli). Gotuję 20 minut.

Obieram białe szparagi (obieraczką do warzyw), obcinam im drewniejące końcówki i kroję na kilkucentymetrowe kawałki. Na dużej głębokiej patelni topię 50 g masła, obsmażam w nim krótko posiekane szalotki (powinny się zeszklić, nie zbrązowieć), dorzucam ryż i szparagi, i podsmażam, mieszając, aż ziarenka ryżu staną się lekko przezroczyste na brzegach. To jest ten moment, aby zalać je kieliszkiem białego wina zmieszanym z chochlą gorącego bulionu i zmniejszyć ogień do minimum (na małym palniku!). 

Od tej chwili ryż powinien się przez cały czas lekko gotować. I zaczyna się zabawa w podlewanie. Podlewać trzeba gotującym się bulionem. U mnie bulion bulgocze obok w garnku na małym ogniu. Alton Brown wykorzystuje do tego czajnik elektryczny, mnie jednak odstraszyła wizja mycia czajnika po takim użyciu. Zaczynam od przykrycia ryżu bulionem. Mieszając często, pozwalam ryżowi chłonąc bulion. Kiedy łyżka (drewniana!) przeciągnięta po dnie patelni pozostawi za sobą suchy ślad, pora znowu przykryć ryż bulionem. I tak do momentu, aż cały bulion zostanie wchłonięty, a ryż będzie al dente. Cały proces powinien zająć około pół godziny (w tym czasie szparagi zrobią się miękkie i kremowe; tym, którzy wolą je również al dente, proponowałabym obsmażyć je osobno na maśle, i dodać do ryżu razem z ostatnią chochlą bulionu).

Mieszam ryż z pozostałym masłem i startym serem, doprawiam solą i pieprzem. Zjadam od razu, ozdobione płatkami lub wiórkami parmezanu. Z kieliszkiem wina i gałązką świeżego tymianku. I znowu: YUM!

























Na kolację… risotto doskonale się odgrzewa. 

Katarzyna

środa, 14 maja 2014

W maju

W maju jestem głodna. Nie, nie głodna, zachłanna, łapczywa i pazerna. Codziennie przeżywam zaskoczenie, że powietrze jest już ciepłe i tak pachnie, mimo że maj ogółem wyjątkowo zimny i mokry. Że zielono tą pierwszą świeżą zielenią, że wszystko młode i chrupiące, i że na ulicach już pierwsze stragany z truskawkami, a szparagi na każdym stoisku z zieleniną.

I cały czas mam wrażenie, że to jeszcze tylko jeden dzień, że może do następnego weekendu, zaraz zieleń poszarzeje, a truskawki, które jeszcze przecież nie dojrzały, jutro oklapną. 

Zaopatrzyłam się w pęczek białych i zielonych szparagów. W młode buraczki, koperek i zsiadłe mleko. I w boczuś. Spędziłam godzinę w kucki przed półką z włoskimi winami. Będzie się działo.


















































Katarzyna